Śmierć rycerza korony

Właśnie wstawało słońce. Był piękny jesienny poranek, wiał słaby wiatr z zachodu. Słońce rzucało refleksy na głęboką, ciemnobłękitną toń rzeki Vingaard. Podnosząc się z ziemi, Maltas ziewnął przeciągle i pomyślał “Jaki piękny dzień na bitwę”. Był minotaurem, a ta bojowo usposobiona rasa nie uznawała kompromisów. Podniósł się z ziemi, zjadł resztkę suszonych owoców i sucharów, z żalem spoglądając do torby zrobionej ze skóry jakiegoś dzikiego zwierza. Pomyślał chwilę: “Co ja robię na Ansalonie? Gdyby ludzie nie przeklinali Pana Morza, zwanego przez nich Habbakukiem, mój galeon bez uszczerbku pokonałby sztorm. Podły naród!”. W niewesołym humorze przytroczył do skórzanych rzemieni, przy pasie, dwa długie miecze, o szerokiej klindze, nie nadające się do krótkich i finezyjnych pchnięć, za to doskonale odrąbujących kończyny przeciwnikom. Na plecy zarzucił forpann, rodzaj dwuręcznego trójzęba z przywiązaną liną i siecią, będący popularną bronią podczas tak wielbionych przez minotaury walk na arenie. Po skompletowaniu rynsztunku rozejrzał się uważnie. Przed nim rozciągały się tylko rozległe równiny porośnięte trawą i z rzadka karłowatymi krzakami. Kilkanaście metrów dalej rzeka płynęła spokojnie, dając o sobie znać jedynie cichym szemraniem wody. Po krótkiej chwili namysłu, Maltas zdecydował pójść wzdłuż rzeki: “Być może tam znajdę jakąś osadę i uzupełnię zapasy żywności”. I tak wyruszył na zachód.

Nie maszerował długo. Po krótkiej chwili na horyzoncie pojawiły się jakieś sylwetki kilku podróżnych, jeden z nich jechał konno. Bez zastanowienia, Maltas podążył w ich kierunku. Po chwili wyraźnie ujrzał kim są. Na widok jadącego konno wojownika w pełnej zbroi, warknął gniewnie, gdyż rozpoznał w nim rycerza solamnijskiego, a za rycerzami broniącymi tych ziem nie przepadał. Obok rycerza szedł jakiś inny wojownik, sądząc po skórzanej, źle wyprawionej zbroi, nietypowym w tych rejonach ciemnym zabarwieniu skóry, barbarzyńca o zaciętym wyrazie twarzy. Dopiero po chwili zauważył niskiego gnoma, taszczącego ze sobą dwie obszerne, skórzane torby i jakieś dziwne narzędzie, być może kilof, być może łopatę. Za tą drużyną ciągnął się wysoki, szczupły mag, wyglądający na nowicjusza, jednego z tych, którzy nie przystąpili jeszcze do próby. “Co za dziwna zbieranina” -pomyślał minotaur i lekko skinął głową na powitanie. Przed drużynę wystąpił solamnijski rycerz, przemawiając donośnym głosem:

-Witaj wędrowcze! Co sprawiło, że zawędrowałeś tak daleko od swojej ojczyzny?

Maltas przez chwilę pomyślał: “Kim jest ten nędzny człek, który przemawia do mnie takim tonem?”, po czym warknięciem odpowiedział:

-Co cię to obchodzi?

Okuta w żelazną rękawicę ręka rycerza zadrżała, a na twarzy pojawił się drwiący uśmieszek. Po chwili zastanowienia, rycerz odpowiedział:

-Prawo gościnności w moim kraju mówi o tym, iż nieznajomy gość powinien się przedstawić!

-A czy to twój kraj, że tak do mnie przemawiasz, ty... - wywód przerwał mu młody, ubrany w czerwony habit mag:

-Panowie uspokójcie się! Mamy już dość własnych kłopotów, a nie chcemy następnych! Myślę, że dla bezpieczeństwa powinniśmy razem podróżować. O, tam widzę nawet jakieś zabudowania! - mag wskazał ręką na stojące na uboczu nędzne chaty, kryte strzechą, które właściwie nie zasłużyły na określenie ich takim mianem.

-Nie wtrącaj się Tandarusie! To nie twoja sprawa! -odparł rycerz solamnijski, po czym dodał: -To podłe zwierzę mnie obraziło, musi więc zginąć! Gotuj się do walki bestio!

Rycerz zeskoczył z konia i gwałtownym ruchem wyciągnął długi, błyszczący w słońcu miecz, z pochwy. Widząc to, Maltas wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu i spokojnym ruchem wyciągnął zza pleców Forpann, po chwili jednak odłożył go na ziemię i wyjął zza pasa dwa miecze o szerokich ostrzach.

Widząc co się szykuje, gnom pobladł, lecz dyskretnie sięgnął do swojej torby po niewielką, zabarwioną na czarno kulę, którą natychmiast ukrył za plecami.

Barbarzyńca niewzruszenie stał na miejscu, z zaciętym wyrazem twarzy.

Mag próbował coś dyskretnie powiedzieć rycerzowi, lecz ten odtrącił go ręką. Tym razem odezwał się minotaur:

-Zaczynajmy więc i skończmy z tym jak najprędzej, bo zgłodniałem.

Rycerz szepnął krótkie słowa modlitwy do Paladine’a, po czym z okrzykiem “Est Sularus oth Mithas”, runął na stojącego spokojnie minotaura.

Minotaur zręcznie odbił pchnięcie, wymierzone prosto w serce, a następnie skontrował, wymierzając zamaszysty cios w prawe ramię. Rycerz niezdarnie odbił ten cios tarczą, która niebezpiecznie zadrżała, jakby miała się rozpaść na tysiąc kawałków. Solamnijczyk cofnął się dwa kroki i znów zaatakował- tym razem minotaur uniknął ciosu niespodziewanym unikiem. Kolejne cięcia minotaura ześlizgnęło się po płytowym napierśniku i lśniącej tarczy, na której pojawiła się niepokojąca rysa. Nieuchronnie przeczuwając co się zaraz wydarzy, gnom cisnął pomiędzy walczących kulę, którą tak mocno trzymał w dłoniach. Kula uderzyła o ziemię, rozprysnęła się na tysiąc odłamków, a okolicę walki pokrył czarny, oleisty dym.

Przez chwilę obaj przeciwnicy byli ukryci wśród tego dymu, słychać było tylko brzęk stali i groźne sapanie minotaura. Gdy dym zaczął się rozwiewać, Maltas zaryzykował i odsłaniając się całkowicie, wymierzył dwa ciosy w głowę solamnijczyka. Rycerz, wyczuwając okazję, posłał cios w nieosłonięty bark minotaura, jednak poślizgnął się i niemalże upadł. Minotaur z całą swoją siłą zadał wymierzone wcześniej, potężne ciosy, które dobiegły celu. Obydwa miecze, niemalże równocześnie, zdruzgotały stalowy hełm solamnijczyka i zmiażdżyły głowę. Nic już nie czując, rycerz upadł na ziemię, w szczątki kuli gnoma.

Ciężko dysząc, minotaur odwrócił głowę do towarzyszy poległego. Niespodziewanie, odezwał się milczący dotąd barbarzyńca:

-Uczyniłeś wiele zła minotaurze. Teraz opuść nas i udaj się w swoją stronę. Oby nasze ścieżki więcej się nie zetknęły.

Następnie, spojrzawszy na towarzyszy, zwłaszcza na gnoma wczepionego w długi, czerwony habit maga, przemówił:

-Pomóżcie mi go zabrać stąd ciało Michaela. Musimy pochować go jeszcze przed nastaniem nocy.

Minotaur, nic nie mówiąc, odszedł kierunku przeciwnym niż ten, w którym ciało jego niedawnego przeciwnika, miało zostać zabrane.

 

Autor: Włodek